![]()
Multiplum (fragment) i opinie Czytelników
Science Fiction, Fantasy i Horror nr 72
październik 2011
![]()
"Słuchał porannych wiadomości płynących z rozsypującego się lampowego Tandberga, gdy usłyszał pisk hamulców pod oknem. Przydzielona mu po jakimś folksdojczu zaniedbana kawalerka ulokowana była na parterze. Oprócz zawilgoconych ścian i powyrywanej instalacji elektrycznej oferowała zastawę kuchenną z oznaczeniami Wehrmachtu, wyszczerbiony piec kaflowy i spory zapas węgla w piwnicy. O jej wcześniejszych, wysiedlonych polskich właścicielach nic nie wiedział. Chyba właśnie dlatego stąpał ostrożnie po trzeszczącej podłodze, jakby obawiał się, że pod deskami ktoś ukrył zbiór pamiątek albo rodzinne archiwum. Kiedyś nawet przyśniły mu się zmumifikowane zwłoki dziecka, spoczywające pod podłogą. Obraz ten nękał go później, ilekroć gdzieś natykał się na rozeschnięte, skrzypiące deski.
Wstał od stołu, podszedł do okna i stwierdził, że to po niego. Brzdęk, brzdęk, brzdęk. Kierowca został w jeepie, a pasażer tłukł sygnetem w blaszany parapet.
- Nie wal tak, człowieku – burknął. – Niedziela. Pobudzisz wszystkich.
Odsłonił postrzępioną firanę i dał znać, że jest już na nogach i zaraz wyjdzie.
Wyłączył radio, dopił kawę i zdmuchnął płomień w naftowej lampie. Wyszedł, zapinając kurtkę i nakładając na głowę uszankę, którą Amerykanie docenili przed dwoma laty w Ardenach. Odgłos zamykania drzwi mosiężnym kluczem poniósł się po klatce schodowej jak wystrzał z rewolweru. Atmosfery grozy dopełniło upiorne skrzypienie bramy wejściowej. Na zewnątrz padał pierwszy zimowy śnieg, a w powietrzu unosiła się wilgoć ustępującej jesieni i zapach zmrożonych liści.
- Słyszał pan, kapitanie? – zapytał sierżant Szaj. To on stukał w parapet. Siedział obok kierowcy, zakutany w zimowy płaszcz US Army z naszywkami polskiej żandarmerii i trząsł się z zimna. Wykręcił głowę do tyłu w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Słyszałem – odrzekł kapitan Seweryn Sendler, sadowiąc się pod plandeką na tylnym siedzeniu.
- Prusy Wschodnie z Alsztynem mają zostać przy Polsce – ciągnął Szaj z tym swoim trudnym do pozbycia kresowym zaśpiewem.
- Z Olsztynem – poprawił Sendler.
- Z Olsztynem, panie kapitanie. To dobra wiadomość.
- Bardzo – odrzekł Sendler i wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów.
Samochód ruszył. Dojechali do ulicy Górna Wilda, wzdłuż której ciągnęły się zburzone lub wypalone zabudowania fabryki Cegielskiego, podczas wojny znane jako Deutsche Waffen und Munistionsfabriken. Sendler, jako miłośnik broni palnej, wiedział, że kiedyś DWM produkowała w Niemczech kultowy pistolet Parabellum, przez Amerykanów zwany Lugerem. Z niewiadomych powodów cieszył się on wśród jankeskich oficerów jakąś niezrozumiałą estymą. On sam tej zawodnej broni nie wziąłby nawet do ręki.
Głęboko wciśnięty w fotel przypatrywał się pierzejom ulic. Były szare i poznaczone wojennymi bliznami. W niektórych oknach widział mdłe światła lamp. Jeep podskakiwał na wybojach, a pęd powietrza wyrywał spod plandeki kłęby papierosowego dymu. Ulice były puste i dopiero w okolicach ruin fortu Grollmana dostrzegł grupki ludzi podążających w okolice stadionu miejskiego, gdzie ciocia UNRRA wzniosła swoje magazyny i prowadziła dystrybucję towarów pierwszej potrzeby dla polskich przesiedleńców z tzw. „ziem odzyskanych”, które niebawem miały znowu wrócić do Niemiec.
***
Sierżant Antoni Matysiak właśnie rozpalał ogień w kaflowym piecu, gdy pojawił się Sendler. Pokój, który przydzielono sekcji polskiej korpusu żandarmerii US Army, był pełen dymu, więc Sendler natychmiast jak szeroko otworzył okno.
- Nie ma cugu – usprawiedliwił się Matysiak. – Musi być komin przytkany.
Miał za sobą roczną służbę w milicji obywatelskiej, z której zdezerterował, gdy wiosną Amerykanie rozpoczęli ofensywę znad Łaby. Ponieważ sojusznicy wykluczali na razie powołanie do życia miejscowej policji, przygarnęła go amerykańska żandarmeria. Najwyraźniej nie przeszkadzały jej wcześniejsze związki Matysiaka z sowieckimi władzami okupacyjnymi. Sendler też nie miał nic przeciwko temu. Skoro Jankesom nie przeszkadzały ich własne związki z Wehrmachtem, maszerującym u ich boku już pod nową nazwą na wschód, to dlaczego mieliby mieć cokolwiek przeciwko młodemu człowiekowi, który nie uciekł z Poznania wraz z komunistami? A na dodatek sprezentował im ciężarówkę cennych z policyjnego punktu widzenia dokumentów?
- Prusy i Gdańsk zostają przy Polsce – zakomunikował Matysiak.
- Ale Wrocław i Szczecin już nie – odrzekł Sendler i nie zdejmując czapki ani kurtki usiadł przy biurku, na którym stała nowiutka maszyna do pisania marki Remington i stary poniemiecki telefon biurowy.
- Pieprzyć ten cały Breslau i pieprzyć ten cały Stettin – machnął ręką Matysiak i przysiadł się do Sendlera. – Wymarali dla nas ruskie jakieś klunkry na gemyli, a my mamy się z tego cieszyć. Przecież tam nigdy Polski nie było.
- Ale mogłaby być.
- A po co? Przez sto lat musielibyśmy całować za to po łapach tego ochlapusa Stalina. Pieprzyć je, panie kapitanie, i to oba dwa, i Breslau, i Stettin, od razu. Ja brynczeć po nich nie będę, poradzimy sobie bez nich. Zresztą, jak to Szaj mawia, jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa!
Sendler podniósł się i otworzył drzwi, żeby zrobić przewiew, bo samo otwarcie okna niewiele dało.
- Dzwonił już ktoś? – zapytał, wskazując ruchem głowy telefon na biurku.
Matysiak potwierdził:
- Ledwo żem drzwi otworzył.
- Pilne?
- Befel z góry. Trup w szpitalu na Szkolnej.
Sendler zrobił wielkie oczy.
- A to ciekawe… Jakiś szpital, w którym jeszcze dotąd nikt nie umarł?
Matysiak nie wychwycił sarkazmu.
- W ancugu nieboszczyka było złoto – odparł. – Jakiś szaber, bo sporo tego złota miał. Ale bez pośpiechu, panie kapitanie, wszystko rychtyk zabezpieczone. Chcą, żebyśmy popęchcili skąd je miał i czy czasem nie było tego więcej.
- Gdzie to?
- Szpital? Przy Starym Rynku.
- Napal więc w tym piecu i pojedziemy. Dużo ci to jeszcze zajmie czasu?
- Trzy na ósmą będę gotowy.
- Czyli kiedy?
- Piętnaście po siódmej.
- O’kay. Na miejscu zadecyduję, kto poprowadzi sprawę.
***
Pojechali we dwóch, bo kierowca miał niedzielny dyżur przy półciężarowym dodge’u, a sierżant Szaj został, żeby porządkować papiery z poprzedniego tygodnia. Prowadził Matysiak. Znał miasto, więc pomimo gruzów na ulicach, których jeszcze nie zdążono uprzątnąć po wkroczeniu wojsk generała Bradleya, zajęło im to zaledwie kwadrans. Wjechali na podwórze trzypiętrowego kompleksu budynków, którego część straszyła oczodołami wypalonych okiennic. Dookoła unosiła się ostra woń spalenizny i szpitalnych medykamentów. Na szczęście, chciałoby się powiedzieć, bo dzięki temu skutecznie tłumiła trupi odór zgliszcz otaczających kompletnie zrujnowany Stary Rynek.
W sekretariacie dyrekcji szpitala czekał na nich karton z rzeczami nieboszczyka, jego podniszczone dokumenty i laboratoryjne naczynie pełne złotych monet. Usiedli przy stole i wysypali je pod czujnym okiem szpitalnego portiera, który ich tu przyprowadził, a teraz przyglądał im się podejrzliwie. Monety zabrzęczały szlachetnie, a Matysiak aż pogładził się z zachwytem po podbródku.
- Ale bejmy – westchnął.
- Stare – zauważył Sendler.
- Rzymskie – odezwał się ktoś w drzwiach za ich plecami. Miał na sobie biały fartuch, binokle na nosie i ani jednego włosa na błyszczącej głowie. Nie sposób było określić czy ma trzydzieści czy siedemdziesiąt lat.
Sendler jeszcze raz przyjrzał się monetom. Stanął mu przed oczami rysunek z podręcznika historii w stanisławowskim liceum im. Staszica i uczący łaciny profesor Maćków, który w ramach ćwiczeń odpytywał z bitej na rzymskich monetach tytulatury cezarów…
- Adam Romanowski – przedstawił się lekarz. – To na moim oddziale zmarł właściciel tych monet.
- Jeśli oczywiście był ich właścicielem – zaznaczył Sendler.
- Oczywiście.
Podali sobie ręce.
- Kapitan Seweryn Sendler, sekcja polska żandarmerii US Army. Gdzie pan znalazł te monety?
Romanowski wszedł w głąb pokoju.
- W waciaku, który miał na sobie, gdy go przywieziono z ulicy. Były zaszyte w rękawach. Z tym, że znaleźliśmy je dopiero, gdy po śmierci zaczęliśmy szukać jakichś dokumentów, bo miał przy sobie jedynie kartki aprowizacyjne na nazwisko… - Romanowski zerknął do notatnika, który trzymał w lewej ręce i dokończył: - Bartkowiak. Eustachy Bartkowiak. Leżał u nas trzy dni i zmarł.
- Na co, panie ordynatorze?
Romanowski zdjął binokle i schował je do kieszeni białego fartucha. Dopiero teraz Sendler zauważył zmęczenie malujące się na jego twarzy. Ale nie było to zmęczenie przepracowanego lekarza. Sendler domyślił się, że w życiu Romanowskiego więcej było strat niż zysków.
- Nie wiem, panie kapitanie. Prawdopodobnie na to, na co wszyscy teraz umierają. Niedożywienie i wszy. W karcie zgonu wpisaliśmy tyfus powrotny. Chory pojawił się u nas z wysoką gorączką i biegunką, wyniszczony i półprzytomny. Od samego początku nikt nie dawał mu większych szans.
- Rozumiem. Wie pan gdzie mieszkał?
Romanowski jeszcze raz sięgnął do notatnika .
- Tak, wiem. Na kartkach aprowizacyjnych był adres: Wioślarska 12.
Sendler rzucił pytające spojrzenie na Matysiaka.
- Po tamtej stronie Warty – odparł sierżant. – Aby bez most pontonowy i rug cug będziemy na miejscu.
Sendler zwrócił się do Romanowskiego:
- Czy moglibyśmy dostać jakiś karton? Chcielibyśmy zabrać wszystko, co do niego należało.
Romanowski skinął na portiera, który przestępując nerwowo z nogi na nogę, przysłuchiwał się rozmowie.
- Panie Wincenty, poszukamy czegoś, prawda? Mamy sporo kartonów po lekach i materiałach opatrunkowych.
Portier szybko wyszedł. Romanowski zbliżył się do Sendlera.
- A monety? – zapytał. - Dostanę jakieś pokwitowanie?
- Oczywiście.
- W takim razie poproszę. - Romanowski wyrwał kartkę ze swojego notatnika i podał Sendlerowi razem z wiecznym piórem.
Sendler usiadł przy stole i wypisał pokwitowanie. Matysiak w tym czasie umieścił z powrotem monety w naczyniu i przejrzał pobieżnie rzeczy zmarłego. Staranniej obmacał jedynie poły waciaka z rozprutymi rękawami. Doktor Romanowski obserwował go z pobłażliwym uśmiechem.
- Chcielibyśmy go zobaczyć, panie doktorze – zażądał Sendler, przekazując Romanowskiemu pokwitowanie.
- Bartkowiaka?
- Tak. Zaprowadzi nas pan do niego?
- Oczywiście.
Zaczekali na portiera, który przyniósł duży karton z nadrukami IG Farben. Nie sposób było nie zwrócić na nie uwagi.
- Jeszcze niedawno produkowali Cyklon B – powiedział bezbarwnym głosem Romanowski. – A dzisiaj dostajemy od nich leki i środki dezynfekujące.
Nie wiedzieli co odpowiedzieć, ani Sendler, ani Matysiak. Sendler, bo bał się wciągnięcia w dyskusję, w której tacy jak on - żołnierze Andersa – już nie raz musieli tłumaczyć się z cynizmu polityków, zawierających brudne sojusze, a Matysiak, bo interesowała go tylko najbliższa przeszłość i przyszłość, wczoraj i jutro, reszta była niewarta uwagi. Poza tym nie wiedzieli co kryje się w głosie Romanowskiego – zarzut czy uznanie?
Matysiak pod czujnym okiem Romanowskiego zapakował do kartonu zdezynfekowane rzeczy Bartkowiaka, a Sendler zgarnął ze stołu naczynie z monetami. Spojrzeli wyczekująco na lekarza.
- Proszę za mną – usłyszeli.
Poszli ponurymi korytarzami, które wypełniała ostra woń kreoliny używanej do dezynfekcji. Sendler machinalnie przysłonił twarz rękawem kurtki, co zauważył Romanowski.
- Nienawidzę tego zapachu - spróbował wytłumaczyć się Sendler. – Byłem ranny i spędziłem prawie trzy miesiące w amerykańskim szpitalu we Włoszech.
Odpowiedź Romanowskiego zabrzmiała jak nokautujący cios w żołądek:
- A ja, panie kapitanie, spędziłem trzy lata w Mauthausen. To był obóz koncentracyjny. Gdyby nie kąpiele w lizolu, nie przeżyłbym tam nawet roku. Przyzwyczaiłem się.
Kurwa mać, pomyślał Sendler. Wcisnął twarz jeszcze głębiej w rękaw kurtki i postanowił się już nie odzywać. Dotarli do klatki schodowej, która sprowadziła ich do słabo oświetlonej piwnicy. Tutaj smród chemikaliów stał się mniej dokuczliwy, zapewne dlatego, że skutecznie wyparł go mdły zapach martwych ciał. Romanowski nie zwracając uwagi na dwuosobową obsługę kostnicy, podprowadził ich do szeregu prostych, drewnianych trumien, stojących jedna obok drugiej na całej długości korytarza. Jedna z trumien była odstawiona na bok. Romanowski wskazał ją głową, a Matysiak odstawił karton z rzeczami nieboszczyka, podszedł do niej i odsunął wieko. Pochylili się nad trumną z dwóch stron, prawie jednocześnie, Matysiak i Sendler.
- Jak on miał w papierach? – zapytał Matysiak. – Bartkowiak?
Doktor Romanowski potwierdził skinięciem głowy.
- Ady tam, to nie jest żaden Bartkowiak, panie kapitanie – Matysiak zwrócił się do swojego przełożonego.
Zdziwiony Sendler odprowadził go na bok.
- O co chodzi?
Matysiak zerknął na doktora Romanowskiego, który choć równie zaskoczony jak Sendler, nie miał najwidoczniej zamiaru przysłuchiwać się ich rozmowie, bo oddalił się dyskretnie.
- O co chodzi? – powtórzył półgłosem Sendler, gdy zostali sami.
- Panie kapitanie, nie żeby zaraz jakaś famuła albo kompel, ale przecież ja go znam – wyszeptał Matysiak. – W Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego gmerał przy folksdojczach. To ubek, Eliasz Kronprinc."
(...)
OPINIE CZYTELNIKÓW:
FORUM Science Fiction Fantasy & Horror:
"Literacko podobało mi się ogromnie, jeden z tych tekstów, które mam nadzieję zapamiętać na dłużej."
cranberry
(…) "tekst zafascynował mnie z kolei dobrym pomysłem na świat alternatywny. Fajnie, że udało się autorowi uniknąć encyklopedycznego tonu i długiego na 10 stron opisu wymyślonej przez siebie rzeczywistości, tylko dawkował ją proporcjonalnie w miarę rozwoju fabuły. Sama fabuła nieco jak z Tomb Raidera, tylko bohaterowie inni. Wciągnęło mnie " (…)
hrabek
„Dla mnie tekst numeru. Lubię historię ale dopiero historia alternatywna daje mi możliwość zastanowienia się „co by były, gdyby…” W tym utworze było to czego zabrakło Ziemiańskiemu – ciekawości w trakcie czytania „co będzie dalej”.”
piotik
„Świetny kryminał fantastyczny w świecie alternatywnym. Co mi się podoba? Primo, tenże alternatywny świat. Lubię historię II wojny i lubię różne gdybania. Secundo, atmosfera ziem powojennych, na których jest ciężko, zimno i głodno, gdzie życie się toczy niespiesznie ale i z tlącą się nadzieją. Tertio - atmosfera powoli rozwijającego się kryminału, nie ma szybkiej akcji, zwrotów itp. tylko mozolna praca. Quarto - pięknie i realnie pomieszane wojenne losy i zmiany, co widać po śladach wędrówki multiplum: właściciel w Polsce, potem Żydzi, folksdojcz, esesman, prowadzący w tej sprawie śledztwo ubek i powtórne śledztwo polsko-amerykańskiej żandarmerii.”
Kruger
„Dla mnie to jest TEKST NUMERU. Warsztatowo dobry (na tyle ile się znam), ale przede wszystkim fabuła. Więcej takich! Przemyślana historia alternatywna i dziwne, bo chociaż zauważyłem wpadkę z radioaktywnością, jakoś bardzo mi nie przeszkodziła. Weszła też zagadka, więc czyta się myśląc samemu i z ciekawością co będzie dalej. Niektórym może się nie podobać, jeżeli będą chcieli zaszufladkować (jak to się toczy rozmowa w innym temacie). A ja właśnie się cieszę, że i kryminał i fantastyka (chociaż mogło być jej więcej).”
B.A.Urbański
„Tak samo jak Ziemiański, pisarz nie anonimowy, który udowodnił, że talent bez wątpienia ma. Interesująca zagadka kryminalna, początkowo szokująca mnie historia alternatywna, a do tego umiejętności Błotnego złożyły się na bardzo dobre opowiadanie. Na uwagę zasługują również świetnie zarysowane postacie, które nie są jednorazowe, tylko przygotowane na więcej tekstów ze swoim udziałem. Jeżeli książki Autora są co najmniej na tym samym poziomie, to z pewnością wkrótce się nimi zainteresuję.”
Nitj’sefni
Alternatywna rzeczywistość to jeden z moich ulubionych gatunków fantastyki, a tu dostałem jej solidną, porządnie napisaną porcję. Na tyle solidną i porządnie napisaną, że mam apetyt na coś dłuższego.”
ilcattivo13
„Fajny pomysł na alternatywną historię, dobre wykonanie. nie będę się czepiać naukowych możliwości i technik metalurgicznych, bo się nie znam, ale mój laicki rozum łyknął to w całości i się nie wzdragał zanadto. Napisane jest to tak, że chętnie przeczytałabym coś jeszcze z tego świata.”
merula
Unreal Fantasy:
(...) "Październikowy numer SFFiH wypada całkiem nieźle, szczególnie pod względem tekstów fantastycznych, Multiplum Jarosława Błotnego to z pewnością opowiadanie numeru." (...)
Algeroth
Qfant:
"„Multiplum” Jarosława Błotnego to wciągająca, znakomicie przedstawiona historia alternatywna. Tekst bardzo dobry pod względem językowym i głęboko zapadający w pamięć."
Ewelina Kozik



